';

Mój pierwszy Ironman

Ta przygoda, jak większość zaczęła się od marzenia. Pewnego dnia pewien triathlonowy świeżak imieniem Leszek pomyślał sobie, ” pełny dystans ironman, to było by coś…” Było to zaledwie przelotne ziarenko myśli, które jednak musiało niezauważone trafić na podatny grunt i zacząć powoli, cichutko kiełkować…
Moja pierwsza przymiarka do pełnego dystansu miała miejsce w 2015 roku, szykowałem się do startu w Malborku, ale kontuzja kolana sprawiła, że musiałem zrezygnować Potem, od nowa musiałem mozolnie wracać do wcześniej wypracowanej formy. Tego bólu kolana, w zasadzie nie udało mi się do dzisiaj w pełni zaleczyć. W sumie to się nawet z nim tak jakoś oswoiłem i przestałem nim przejmować, jednak w 2015 roku obawiałem się jakiś bliżej nieokreślonych powikłań.
W międzyczasie normalnie startowałem na ćwiartkach i połówkach, aż przyszła końcówka 2016 roku i pomyślałem sobie, że skoro w przyszłym roku wypadają moje okrągłe urodziny, to chyba wypada podjąć się jakiegoś bohaterskiego wyzwania;) Rozważałem jakąś edycję zagraniczną, jednak obawa przed kontuzją, spowodowała, że po namyśle wybrałem Borówno. (dlaczego? bo równo;)
Wypadającą w dniu zawodów rocznicę ślubu wziąłem za dobrą wróżbę, więc czym prędzej dopełniłem formalności i powoli zacząłem odliczać czas do dnia „D”. Postanowiłem, że sezon 2017 rozpocznę ćwiartką w Sierakowie, dalej przez połówkę w Suszu, na królewskim dystansie w Borównie kończąc. Czas mijał szybko i pierwotne założenia treningowe zostały mocno skonfrontowane z codzienną rzeczywistością. Praca, wyjazdy spowodowały, że praktycznie nie trenowałem, lecz po prostu pływałem, biegałem i jeździłem na rowerze.
W pewnym momencie pomyślałem sobie, że w zasadzie to będzie swoisty sprawdzian, czy zdrowy 50 letni facet da radę ukończyć dystans Ironmana, nie poświęcając na treningi 20 godzin tygodniowo. Czas płynął, a ja złapałem fajny rytm i cieszyłem się dobrym zdrowiem, kondycją i bezkontuzyjnym stanem. Zawody w Sierakowie i Suszu pokazały, że nie jest źle, więc dalej cieszyłem się życiem, pływając, biegając i jeżdżąc na rowerze. Aż przyszedł taki dzień ok. 3 tygodnie przed zawodami, gdy najwyraźniej przeszarżowałem biegowo i zaczęły się problemy. Tydzień później, chcąc się przekonać, czy to chwilowy problem, czy coś poważniejszego, wykonałem kolejną szarżę ułańską i ….owszem, to co bolało mnie tydzień wcześniej przestało, ale pojawił się ostry ból w okolicach lewego kolana, który po małym researchu zidentyfikowałem, jako zespół kolana biegacza. No, pięknie k…a dwa tygodnie przed startem życiowym, a tu takie atrakcje.. Zacząłem, urlop i planowałem oddać się dwóm treningom dziennie w spokoju i ciszy, z dala od zgiełku i stresu w pracy, a tu taki chichot losu… Czym prędzej napisałem do znajomego fizjoterapeuty i umówiłem się na wizytę. Dwa dni później biegowy test na 13 km, w miarę bezboleśnie, ale z dziwnym przeczuciem, że gdyby było więcej, to mogą się zacząć „jasełka”.
Ostatni tydzień przed zawodami, to była „ostra jazda pod wiatr” bieganie odpuściłem, bo trza było oszczędzać nogi na zawody, zostały otwarte wody i rower. Dzień przed wyjazdem do Borówna schrzaniła mi się przedłużka do wentyla w moich kołach i nie byłem w stanie ich napompować. Przedłużka okazałą się towarem deficytowym we Wrocławiu i gdyby nie pomoc Michała Wojtyły, to byłbym w czarnej d… Niestety pożyczona przedłużka umożliwiła mi pompowanie jedynie tylnego kola, bo w przednim coś się poważniej spitoliło i musiałem je zmienić na inne koło z szosowego Cubusia. W tym czasie byłem w na prawdę nie najlepszej kondycji psychicznej, w głowie się kotłowało pomiędzy: dasz radę, stary, a kontuzje cię pokonają, ale co tam , co ma być to będzie, myślałem i przygotowywałem się mentalnie na TEN start. Jeszcze tylko przygotować organiczne batony, popakować wszystko i w drogę. Pocieszałem się, że w tej wyprawie będzie towarzyszył mi przyjaciel ze szkolnej ławy, facet zaprawiony w długodystansowych biegach. To on praktycznie zrobił przetestowane wcześniej na sobie batony organiczne, pomógł mi opracować strategię na bieg, i zadbał o właściwe odżywianie tuż przed zawodami. Do Bydgoszczy wyruszyliśmy w piątek, po drodze zdrowo grzało i temperatura była momentami powyżej 30st.C. Kolejna atrakcja do kolekcji, pomyślałem, ale cóż na pogodę wpływu nie mamy. W piątek odbiór pakietu, przy okazji, suprice, informacja o konieczności wykupienia licencji PZTri, z uwagi na to, że były to mistrzostwa Polski na tym dystansie. Mój numer startowy, to 123, też na dobrą wróżbę, będzie dobrze 🙂
Potem jazda do Borówna i wprowadzanie roweru do strefy zmian, oraz rekonesans trasy pływackiej i rowerowej. Ładnie w tym Borównie i woda taka przejrzysta, strefa zmian trochę rozciągnięta, a rowery pościskane, jak sardynki w puszkach;). Powrót do bazy, kolacja i do wyra. Przed snem mentalne ułożenie sobie etapów. Motyw przewodni, to spokój, luz i rozłożenie sił na pół doby wysiłku.Easy Leszek, easy…🙂. Dość szybko wpadłem w objęcia Morfeusza i muszę przyznać, że się dość dobrze wyspałem, o 4.30, zanim rozbrzmiał dźwięk budzika, otworzyłem oczy i pomyślałem „nadszedł dzień D, k…a, w drogę”. Owsianka przygotowana przez Jastrzębia trochę ciężko wchodziła, ale zapiłem ją czym prędzej małą czarną i przebrałem się w mój strój gladiatora. Nasmarowałem wszystkie wrażliwe miejsca sudokremem i tak przygotowany, wyruszyłem z workiem na depozyt na miejsce zbiórki. Na dworze zaczynało świtać, wstawał piękny dzień próby. Powietrze było rześkie, temperatura powietrza ok 13st.C. więc zastanawiałem się, czy na rower nie zabrać kurtki. Autobus odebrał nas z parkingu o 5.45 i po 20 minutach byliśmy w Borównie, w strefie T1. Pompowanie kół, tankowanie bidonów, sprawdzenie czy koła nie obcierają o hamulce, następnie oddanie rzeczy do depozytu i rozgrzewka. Spotkałem obu faworytów tych zawodów, najpierw Mikołaja Lufta, potem Maćka Chmurę i wymieniłem braterski uścisk dłoni, a potem zacząłem wbijać się w piankę, a tu nagle podchodzi do mnie Krzysiek Danków, drugi z RATowców, startujący dziś na tym dystansie. Fajnie, spotkać ziomala, zawsze to raźniej;)
Gdy ustawiliśmy się do startu ogarnął mnie niesamowity spokój, który później skojarzył mi się ze sceną z filmu „Człowiek na linie”, gdy główny bohater ma postawić pierwszy krok na linie rozpiętej między wieżami World Trade Centre. Woda, przejrzysta przede mną, prawo moralne we mnie, a na horyzoncie poranne słońce i cisza, bez najmniejszego powiewu wiatru….Sygnał trąbki spuścił harty ze smyczy i punktualnie o 7.00 ruszyliśmy w trasę. Początkowo była lekka pralka, więc trzeba było uważać, aby komuś nie przyłożyć i samemu nie dostać. Po pewnym jednak czasie poluzowało się i złapałem swobodny, płynny rytm, woda sama mnie niosła. Na żadnych zawodach nie pływało mi się tak przyjemnie i swobodnie. Na dwóch ostatnich pętlach trochę się pogubiłem z nawigacją i musiałem płynąć zakosami, co jednak nie zmienia faktu, że była to najprzyjemniejsza część wyścigu, czysta przyjemność kontaktu z WIELKIM BŁĘKITEM. Liczne 4 kilometrowe treningi na otwartych wodach, sprawiły, że ta część zawodów to była radość z ruchu i pełen GŁÓW…W T1 nie spieszyłem się, ważniejsze było spakowanie wszystkiego, szczególnie super batonów, które miały zapewnić energię w dalszej trasie. Przebrany w strój bikera ruszyłem biegiem na belkę do startu części rowerowej. Wskoczyłem na rumaka i w drogę. Macham nogami, macham, a tu prędkość w okolicach 25km/h, a tętno 170, wtf…?
No, ku…a, ni jak nie mogę się rozkręcić, co się dzieje, może jednak trzeba było wziąć kurtkę bo chyba nie mogę się rozgrzać…Po ok.10km jakiś hałas wyrwał mnie z rozmyślań. Najpierw pomyślałem, że coś z przerzutkami, ale po kilkukrotnej zmianie przełożeń stwierdziłem, że to nie to. W tej sytuacji podejrzanym pozostał hamulec. Szybki stop i okazuje się, że hamulec obciera przednie koło. Podczas ściągania rowerów ze stojaka w T1 mój sąsiad musiał mi przez przypadek przestawić hamulec, który dość mocno obcierał, ale dopiero po wjechaniu w dziurę odskoczył na tyle, że zacząłem go słyszeć. Hamulec poprawiony, szybka próba i dalej w drogę. No, teraz, to zupełnie inaczej, tak to można jechać:). Do samej jazdy podszedłem zachowawczo, jechałem na ok. 70%, świadomy tego, że czeka mnie jeszcze maraton i możliwe zmagania ducha z ciałem. W etapie rowerowym były 4 pętle po ok.40 km + dojazd do T2 w Bydgoszczy. Pierwsza pętla trochę się dłużyła, wiadomo, rozpoznanie terenu, druga weszła szybko i bezproblemowo, na trzeciej zacząłem odczuwać dziwny bół w prawym kolanie, ale nie panikowałem, starając się nie przeciążać za bardzo nogi. Po 140 km, na ostatniej nawrotce w Bydgoszczy ból się jednak nasilił. Zacząłem dotykać łydki bo zobaczyłem na opasce kompresyjnej jakąś dziwną zmarszczkę. CHIP ku….a chip!!! Na T1 w młynie, włożyłem chip pod opaskę kompresyjną. Od 5 godzin opaska dociskała mocno ten chip do łydki. Znowu szybki stop, wyciągnąłem chipa i założyłem go na wierzch, uff, teraz jakby lepiej…Do czwartej godziny części rowerowej warunki wietrzne były wspaniałe, pierwszy raz chyba tak świetne podczas zawodów, powietrze prawie nieruchome, ale po czwartej godzinie zerwał się wiatr i na otwartych przestrzeniach zaczął się trochę się dawać we znaki. Odżywianie i picie zgodnie z planem, 1super baton na 30min jazdy, co godzinę żel i picie co 15 min. Raz na 2 godziny salt sticki i 2 magnezowe shoty podczas całej części rowerowej. Z perspektywy czasu stwierdzam , że plan się sprawdził bardzo dobrze. Trasa rowerowa była dosyć fajna z jednym mocnym podjazdem, ale za to z drugiej strony, na zjeździe można było rozwinąć ponad 50 km/h.
Pod koniec trasy rowerowej nasilił się jednak ból w prawym kolanie, ostatnie podjazdy zaczęły sprawiać mi kłopot. Gdy dojechałem do belki końcowej i zeskoczyłem z roweru, szok….nie mogę biec, ledwo idę kulejąc na prawą nogę. W takim czarnym nastroju przebrałem się w buty biegowe i pełen najgorszych myśli wyruszyłem na trasę. To był chyba najbardziej krytyczny moment zawodów, pierwsze metry biegu, przede mną dystans maratonu, a ja ledwo idę kulejąc…
I ten głos w głowie „10 km może byś zmęczył, ale nie maraton, stary, to koniec” ale wtedy, jakiś głos z tłumu kibiców krzyknął ” dajesz, kurwa, dajesz, rozchodzisz!” Generalnie, nie cierpię dopingu stojących sobie spokojnie ludzi, mówiących mi, co trzeba robić, ale wtedy pomyślałem, w tym szaleństwie jest metoda, nie poddam się i powoli ruszyłem dalej, po jakimś czasie kuśtykający marsz zmienił się w lekki bieg i tak zmęczyłem pierwszą pętlę.
Przede man jeszcze tylko pięć…Na drugiej i trzeciej ból znowu się zaczął nasilać, uniemożliwiając mi bieg, na domiar złego odezwało się również lewe kolano biegacza, dobrze przeczuwałem, że starczy tej nogi na ok. półmaraton.Najgorszy moment przyszedł, gdy na stadionie (część trasy biegła przez stadion i tam był punkt odżywczy) stanąłem, aby się schłodzić. Gdy ponownie ruszyłem, prawie nie mogłem iść. Znowu, powoli, krok po kroku, aż noga się rozruszała dalej w drogę.Teraz zrozumiałem, nie mogę się zatrzymać więcej, maszerujesz, biegniesz, lub odpasz. Nici z oddania moczu do końca wyścigu, na szczęście większość wody oddawałem porami ciała, a nie przez pęcherz:) Przykro było, gdy ludzie przyjaźnie dopingowali, moc była, ale ciało stawiało opór, w myślach zacząłem kalkulację, czy się doczołgam do mety przed limitem czasowym, czarne myśli się piętrzyły w głowie niczym ćmy przy żarówce nocą… Sięgnąłem po woreczek z saltstickami, bo bałem się, że do kompletu problemów jeszcze mi ku..a kurczy brakuje i wtedy zauważyłem małą przeźroczystą kapsułkę.
Na ostatni trening rowerowy wziąłem zapobiegawczo jedną kapsułkę ibupronu i parę saltsticków. Na treningu jej nie użyłem, ale teraz jednak ta kapsułka mogła się przydać. Łyknąłem kapsułkę i pomaszerowałem dalej. Po drodze spotkałem Krzyśka, który raźnie zmierzał do celu, dodając mi, wraz z moim kumplem Jastrzębiem otuchy. A ja szedłem dalej sprawdzając co jakiś czas, czy da się biec. Zostały mi dwa ostatnie okrążenia czyli ok. 14 km. W pewnym momencie ból stał się na tyle znośny, że zacząłem trucht, a potem bieg, zaciskając zęby zacząłem powoli wyprzedzać innych uczestników, momentami osiągając tempo 5,30, moc była, nie czułem się bardzo zmęczony, tylko ten bół, ale teraz był już do zniesienia, więc uśmiechając się przez zaciśnięte zęby, zbliżałem się systematycznie do celu. Myśl o ostatnim okrążeniu dodała mi skrzydeł, czarne myśli odleciały gdzieś w dalekie strony, a ja zbliżałem się do ostatniego podbiegu, ostatni raz widok z wiaduktu, teraz z górki do mety, 13 godzin mimo kontuzji będzie złamane! Wbiegam na metę, na zegarze 12 godzin 33 minuty. .. Jestem Ironmanem!!! Euforia. I taka myśl, to już?
W sumie, to nie czułem się bardziej zmęczony niż po połówce IM, ale jak mnie poprawił mój kumpel, ” po czym masz być zmęczony ku..a, skoro przez dużą część biegu się opierd….ś;)
Teraz już wiem, zdrowy pięćdziesięciolatek, który regularnie sobie pływa, biega i jeździ dla zdrowia, może pokonać dystans IRONMANA.
Jak mówiła 87 letnia triathlonistka siostra Buder, słynna Iron Nun, jedynym błędem byłoby nie spróbować…Myślę również, że gdyby nie kontuzja, złamanie 12 godzin było spokojnie do zrobienia.
Co do samych zawodów, to generalnie mi się podobały, choć mam parę uwag.
Od strony informacyjnej można było poprawić sam opis trasy rowerowej. Cztery pętle po 40km dają 160 km + dojazd, no właśnie czym jest ten dojazd, zastanawiałem się na początku, a wystarczyło jedno zdanie i wszystko byłoby jasne ( dojazd to odległość między T1 i T2, start jest w Borównie, a koniec w Bydgoszczy). Na mecie nie liczyłem na słowa w stylu „jesteś człowiekiem z żelaza” ale na pamiątkowy medal z wyszczególnieniem dystansów i owszem, a medal, podobnie jak i koszulka finiszera byly identyczne dla kończących dystans pełny, jak i połówkę. Jak na jubileuszową imprezę i mistrzostwa Polski nie tego się spodziewałem, zwłaszcza, że nie sądzę, aby to była kwesta dodatkowych kosztów. Sama formuła zawodów, pływanie z wyjściem z wody, T1 i T2 w dwóch miejscowościach wcale mi nie przeszkadzała, była nawet pewnym urozmaiceniem. Trasa biegowa w bardzo fajnej okolicy i atmosfera zawodów generalnie fajna, a poza tym, no cóż magia pierwszego razu …🙂.
Pogoda była przerewelacyjna, woda przyjemnie ciepła, przyjazna temperatura do biegania, gdyby nie wiatr po czwartej godzinie roweru, byłaby to idealna pogoda.

Spokoju mi nie daje kontuzja prawego kolana. Lewego kolana się obawiałem i ból pojawił się zgodnie z przewidywaniami, ale prawe kolano… Czy tę kontuzję zafundowałem sobie, wkładając chip pod opaskę kompresyjną? Czy przez ucisk doprowadziłem do niedokrwienia kończyny, ale dlaczego ból pojawił się akurat w kolanie? W sumie to jest to kolano, które mnie pobolewa od maja 2014, może to było słabe ogniwo, które w pierwszej kolejności uległo kontuzji na skutek niedokrwienia? Podobne dystanse robiłem już na rowerze, nawet z większymi prędkościami średnimi i nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego.

Co teraz?Czuję się, jak po zdanym, ważnym egzaminie, ale myśli powoli zaczynają odpływać w kierunku kolejnego sezonu i zastanawiam się, gdzie robić kolejnego IRONMANA

Autor :

Leszek Majka

admin

Leave a reply

You must be logged in to post a comment.